O pisarstwie nigdy nie myślał. Ale przyrzekł, że opisze swoje przeżycia z obozów i obietnicy dotrzymał. Tak powstała książka „Pięć lat kacetu”. 60 lat później ukazała się w poszerzonej wersji.

Stanisław Grzesiuk – pieśniarz zwany bardem z Czerniakowa, gaduła o trudnym charakterze i pisarz (choć tego określenia chyba nie lubił). Urodził się w 1918 roku. W trakcie okupacji został aresztowany za posiadanie broni. Miał wtedy 22 lata. Kolejnych pięć lat swojego życia spędził w obozach koncentracyjnych w Dachau, Mauthausen i Gusen. Swoje wspomnienia opisał w książce „Pięć lat kacetu”, która trafiła do księgarń w roku 1958 i natychmiast zniknęła z półek. Historia ta powtórzyła się w roku 2018, kiedy wydawnictwo Prószyński i S-ka postanowiło wydać autobiograficzną trylogię Grzesiuka uzupełnioną o fragmenty usunięte przy pierwszej publikacji. Tym razem jednak dodruk możliwy był niemal natychmiast.

Nad nowym wydaniem „Pięciu lat kacetu” z redaktorem Michałem Nalewskim pracowała wnuczka Stanisława Grzesiuka, Izabela Laszuk. Tygodniami analizowali rękopisy (a niektóre kartki zapisane są ołówkiem), które przez lata spoczywały w walizce. Podejmowali trudne decyzje o przywróceniu fragmentów, z których wydawnictwo i sam autor zrezygnowali w latach 50-tych. Nie wszystko, co Grzesiuk napisał, trafiło do książki, ale już pierwsze dodane zdanie zmienia odbiór całości. – Przez te wszystkie lata pierwszy akapit kończył się zdaniem, że Grzesiuk napisał tę książkę, aby jego dzieci wiedziały, co przeżył ich ojciec. I tu była postawiona kropka. Natomiast praca nad rękopisem pokazała, że ten tekst był dużo szerszy. I stawia to tak naprawdę wszystkie nasze lektury „Pięciu lat kacetu” w innym kontekście. Bo zdanie, które kończy pierwszy akapit w tym nowym wydaniu, a tym samym w rękopisie, brzmiało, że napisał tę książkę, aby jego dzieci wiedziały, co przeżył ich tata i nauczyły się nienawidzić faszyzmu i wojny. I można powiedzieć, że musimy Grzesiuka przeczytać jeszcze raz – mówi Michał Nalewski.

Jeśli notatki na marginesach rękopisu dawały do zrozumienia, że dane fragmenty nie powinny wejść do książki, Izabela Laszuk rezygnowała z ich przywrócenia. W pozostałych przypadkach zdarzało się, że długo biła się z myślami. – Zdarzyło mi się kilka takich nocy, kiedy w głowie rozmawiałam ze swoim dziadkiem pytając go, co on o tym myśli i prosząc go, żeby dał mi jakiś znak, jeżeli coś mu się nie będzie podobało – opowiada. Znaków takich nie było, a dodane fragmenty książki łatwo odróżnić od pierwotnej treści, bo wydrukowane zostały pogrubioną czcionką.

Z przypadającą w tym roku setną rocznicą urodzin Stanisława Grzesiuka i pięćdziesiątą piątą rocznicą jego śmierci zbiega się nie tylko wydanie uzupełnionej trylogii (kolejne pozycje „Boso ale w ostrogach” i „Na marginesie życia” ukażą się odpowiednią wiosną i jesienią), ale także nowa płyta Warszawskiego Combo Tanecznego, które od lat wykonuje między innymi te piosenki, które na ulicach Warszawy śpiewał bard z Czerniakowa. Na tym albumie Jan Młynarski gra na bandżoli Grzesiuka, co było spełnieniem jednego z jego marzeń – Uważam się za wielkiego szczęściarza, że udało się do czegoś takie doprowadzić. Bo to ma wymiar symboliczny, ale też ten instrument bardzo wyjątkowo brzmi, gwarantuje warszawski klimat i brzmienie.

Jan Młynarski gra na bandżoli Grzesiuka także w Audycjach Kulturalnych. A o książkach po raz pierwszy wydanych bez cenzury opowiadają Izabela Laszuk i Michał Nalewski. W materiale wykorzystano fragment koncertu Warszawskiego Combo Tanecznego w Faktycznym Domu Kultury w Warszawie (styczeń 2018 r.). Zachęcamy do słuchania.

RSS